Głos na rzecz dbałości o jakość i przejrzystość polszczyzny używanej w komunikacji urzędów z obywatelami - zapraszenie do konkursu "Samorządowy Mistrz Języka Polskiego"

wojda-79-086 I. Istnieją wyłącznie ludzie i przedmioty – uczył Tadeusz Kotarbiński. Współczesny nam jego uczeń doda: tak samo istnieją jednak również zwierzęta i rośliny. To wszystko istnieje realnie, jako odrębne byty fizyczne, postrzegane sensorycznie i powszechnie. Jeśli mówimy, że istnieją także instytucje, urzędy, państwa wreszcie, mamy na myśli inny rodzaj istnienia. Owszem, instytucje, urzędy, szkoły i uniwersytety funkcjonują w realnie istniejących budynkach, dysponują różnego rodzaju rzeczami i finansowymi środkami – w istocie jednak nie rzeczy nadają im znaczenie i wagę. Instytucje, urzędy, państwa istnieją niejako w innej przestrzeni -  poprzez relacje pomiędzy ludźmi i wyrażają się w tych relacjach. Tego rodzaju odniesienia budowane są poprzez różnego rodzaju konwencje - ustalane przez realnie istniejące osoby, bądź tylko przez nie respektowane. Dotyczy to także prawa, którego zadaniem jest uczynić przestrzeń wzajemnych naszych odniesień światem zrozumiałym i przewidywalnym. Nie chcemy być zaskakiwani zachowaniami innych – ustalamy zatem wraz z nimi pewne reguły postępowania tak, by nie przeżywać przykrych niespodzianek.  Ci, którzy sprawiają nam takie niespodzianki, muszą wiedzieć, jakie są tego konsekwencje – tego wymaga właśnie postulat przewidywalności naszych zachowań oraz zachowań innych. II. Ten drugi rodzaj istnienia (instytucji, organów władzy, urzędów, państw) jest dla nas czytelny przede wszystkim i głównie poprzez język, chociaż rzeczy istniejące realnie nazywamy także przecież po imieniu – czyli również w języku. W nim i poprzez niego ustalamy i wyrażamy relacje z innymi ludźmi, a jeszcze lepiej powiedzieć – z osobami.  Wniosek stąd, że zarówno rodzaj, jak i jakość tych relacji zależą w dużym stopniu od języka, którym posługujemy się, przekazując każdą informację, czy komunikując innym swoje oczekiwania. Wypowiedziom słownym towarzyszą zawsze pewne okoliczności, czy zdarzenia, które wpływają na ostateczną treść odczytywanego komunikatu. Okoliczności te czasami zależą od nas w pełni, czasami nie. Pełnią one jednak w przekazie rolę pomocniczą lub poboczną. Mają za zadanie coś podkreślić, uwypuklić, rozjaśnić,  a czasami przeciwnie - wręcz zaciemnić. Słowa nie padają w próżni. Odczytujemy więc ich prawdziwe znaczenie dopiero z uwzględnieniem kontekstu wypowiedzi. Nie zawsze zwracamy uwagę na jego wpływ, formułując zasadniczą treść informacji. Zdarza się nam o tym zapominać, skazując się w ten sposób nieświadomie na inną, niż chcieliśmy pierwotnie, treść odczytu przez innych. Zawsze jednak w centrum przekazu – niezależnie od tego, czy mówimy o bytach realnych, czy o relacjach międzyludzkich -  znajduje się warstwa językowa, jako nośnik tego przekazu. Zatem to słowo (układ słów, czy wyrazów) jest decydujący dla kształtu relacji z innymi. Od języka, którego używamy, zależeć będą stosunki nie tylko pomiędzy osobami, ale także grupami osób. Bywało w naszej historii, że pewne grupy społeczne tworzyły z języka swoisty mur, oddzielający je od pozostałych grup. Używały nawet do tego, bywało, obcego języka. Współczesną odmianą podobnego socjotechnicznego zabiegu był język tzw. nomenklatury. Trzeba było go opanować, by znaleźć się w kręgu ludzi władzy – i to przyswoić go na poziomie umożliwiającym komunikację wyłącznie w ramach grupy władzy, wyodrębnionej od reszty społeczeństwa za pomocą sztucznego języka. III. Na szczęście tamten okres mamy za sobą, ale niejednokrotnie i dziś możemy jeszcze zaobserwować tu i ówdzie objawy tęsknoty za starymi dobrymi czasami, w których jedni byli „na górze”, a inni „na dole”. Przyznajmy się, że nadal bliska jest nam projekcja państwa, wyobrażonego w postaci człowieka - z jego głową, zbrojnym ramieniem narodu, a także rolą urzędników skarbowych, którzy według  wyobrażenia Jana z Salysbury, powtórzonego przez naszego Mistrza Wincentego, zwanego Kadłubkiem, są czymś na kształt  „żołądka i jelit, w których – jeśli z wielką gorliwością gromadzą  one i uparcie zachowują to, co nagromadziły – rodzą się niezliczone i nieuleczalne choroby, tak że ich infekcja grozi zagładą całego organizmu.” Ci, którzy są w asyście księcia (głowy), są tam porównywani do boków, a rolę uszu, oczu i ust pełnią sędziowie i zarządcy prowincji, zaś dłoniom odpowiadają żołnierze i urzędnicy. Na tym przykładzie widać, że przemawianie do ręki na boku jest całkowicie czytelne także dziś, pomimo całkowitej zmiany historycznego kontekstu. Ciekawe jest - według  XII-wiecznego angielskiego myśliciela - usytuowanie chłopów:  „Jako stopy są wiecznie uwiązani do ziemi, bo wznoszą, podtrzymują i posuwają naprzód masę całego ciała. Słusznie zatem należy im się schronienie i wsparcie.” Po ponad ośmiuset latach obiecywała to samo chłopom w Rzeczpospolitej nasza Konstytucja 3 Maja, widząc wprawdzie w ludzie rolniczym najdzielniejszą kraju siłę, któremu to ludowi deklarowała przyjęcie pod opiekę prawa i rządu krajowego, obiecując jednakowoż wolność zupełną tylko tym niestety, „którzy by na nowo do Rzeczypospolitej przybyli, lub wpierw z kraju oddaliwszy się, teraz do ojczyzny powrócić chcieli.” Na pełną wolność osobistą, a jeszcze bardziej na pełnię praw obywatelskich, trzeba było ogółowi społeczeństwa jeszcze długo czekać. Właściwie chyba dziś dopiero w pełni przeżywamy rzeczywistość wspólnoty bez wewnętrznych barier, w której język nie musi już niczego ukrywać czy wykoślawiać. Czy stał się on jednak już w pełni narzędziem wzajemnego i przede wszystkim  przejrzystego komunikowania się? IV. Mamy tu wiele do zrobienia. Weźmy pierwszy z brzegu przykład najbliższy mojej profesji: język prawa. Nie od dziś dopiero jestem przekonany, że żyjemy nie tyle w państwie prawa, co w kraju źle stanowionych i w rezultacie kiepskich ustaw, w gąszczu których z trudem poruszają się nawet specjaliści najwyższej klasy. Bywało i tak, że sędziowie konstytucyjni tyko dlatego uznawali zaskarżone przepisy za niekonstytucyjne, ponieważ pomimo zbiorowego wysiłku nie byli w stanie dojść znaczenia ich treści. Zachwycałem się natomiast jako młody prawnik językiem polskiego ustawodawstwa z  lat 30-tych.  Okazało się, że taką samą fascynację przeżywał prof. Michał Kulesza, z którym miałem zaszczyt i ogromną przyjemność pisać pierwszy projekt ustawy o samorządzie terytorialnym na przełomie 89 i 90 roku. Staraliśmy się bardzo, by była napisana językiem precyzyjnym, ale jednocześnie prostym – tak jak czynili to nasi mistrzowie z przedwojennej Komisji Kodyfikacyjnej. Tworzyliśmy projekt tego aktu przede wszystkim z myślą o przyszłych radnych, wójtach, burmistrzach i prezydentach, którzy jako pierwsi mieli rozpocząć swoją przygodę życia w państwie zdecentralizowanym – a więc bez żadnych wcześniejszych doświadczeń w tej materii. Długo cyzelowaliśmy każdy przepis tego aktu – niestety, późniejsze liczne nowelizacje, na które już nie mieliśmy prawie żadnego wpływu, uczyniły efekt naszej pracy w wielu punktach całkowicie nieczytelnym. Postulat życia bez barier to także postulat życia bez barier językowych, odgradzających władzę od obywateli, banki od ich klientów, producentów przedmiotów od ich użytkowników. Chyba, że chcemy przed innymi coś ukrywać, czy wręcz wprowadzać w błąd, pogłębiając niepokojący stan polskiego braku wzajemnego zaufania. Jest to – zdaniem wielu specjalistów – główny hamulec cywilizacyjnego rozwoju naszego kraju, choć wydawać by się mogło w pierwszej chwili, że większym zagrożeniem zdaje się być stan naszej gospodarki, finansów publicznych, infrastruktury, instytucji i urządzeń publicznych itd. W warunkach nowego demokratycznego państwa, budowanego z myślą o  zasadzie pomocniczości, stawiającej sobie za cel wspieranie jednostek i słabszych grup, w pierwszej kolejności runąć powinny więc bariery sztucznego języka, sztucznie tworzącego nowe społeczne podziały. V. Konferencja poświęcona językowi urzędowemu, zorganizowana 20 lutego 2013 r. w Kancelarii Prezydenta, ujawniła co najmniej trzy źródła zasilające główny nurt współczesnego języka prawnego i prawniczego. Źródło pierwsze to proces legislacyjny, w którym roi się - według określenia prof. Walerego Pisarka – od „jurydyzmów” oraz „brukselizmów”, tworzonych w przypadku tych ostatnich na użytek przyswajania i wdrażania (implementacji) unijnych aktów normatywnych. Ze źródła drugiego płyną różnego rodzaju „scjentyzmy”, od których też się nie uchronimy w pełni z uwagi na burzliwy rozwój nauki, tworzącej często hermetyczny język służący profesjonalnej komunikacji międzynarodowej. I wreszcie źródło trzecie: język sądów, a właściwie sędziów wyższych instancji, do którego sformułowań odwołują się następnie młodsi sędziowie, a także urzędnicy, uzasadniający wydawane decyzje administracyjne. Ponieważ decyzje administracyjne oraz różnego rodzaju pisma i pouczenia kierowane do obywateli przez urzędy administracyjne mają charakter powszechny i są najczęściej spotykanym w praktyce środkiem urzędowego się komunikowania, od dokumentów sądowych należy wymagać przede wszystkim treściowej jasności i precyzji. Dlatego też każda inicjatywa zmierzająca do uczynienie z języka urzędowego środka przejrzystej, uczciwej i pełnej komunikacji, musi spotykać się z absolutnym zrozumieniem i wsparciem. W dotychczasowej dyskusji na temat języka urzędowego zwrócono już uwagę na przykład, że jednym z powodów hermetyczności języka sędziów jest kierowanie uzasadnień orzeczeń sądowych przede wszystkim do sądów wyższych instancji, czy zamkniętego kręgu sędziów w ogóle, a nie do głównych adresatów orzeczeń – czyli samych podsądnych oraz stron postępowania sądowego. Nie mam prostej recepty na przywrócenie naszemu językowi prawnemu klarowności, długo trzeba byłoby w tym momencie zagłębiać się w meandry polskiego procesu legislacyjnego, by wypracować skuteczną metodę uczynienia z tego języka narzędzia komunikatywnej przewidywalności. Ale wiem, że trzeba robić wszystko, by tak się stało, albo raczej: by tak się działo w nieustannym procesie. Pomocny na pewno będzie tu zapowiadany już konkurs na najlepsze tłumaczenie z urzędowego polskiego na nasze różnego rodzaju dokumentów urzędowych, produkowanych przez administrację. Mnie marzyłby się także konkurs na najlepsze pod względem używanej polszczyzny uzasadnienie sędziowskich orzeczeń. W każdym razie język urzędowy musi przestać być murem, za którym chronią się przed odpowiedzialnością za skutki swoich kontaktów z obywatelami urzędnicy i sędziowie, tworząc swoistą mgłę formalizmów, mających na celu utrudnienie zdobycia urzędniczej, czy sądowej fortecy. Używany w urzędach i sądach język musi się stać natomiast, nie tracąc nic ze swej precyzji,  środkiem rzetelnej, otwartej i życzliwej komunikacji. Ponieważ jednak główny nurt języka urzędowego zasilany jest ze wskazanych wyżej trzech źródeł, którymi są, powtórzmy to raz jeszcze: proces legislacyjny, język sędziów oraz naukowców (ekspertów),  nie poprawimy języka urzędowego bez oczyszczenia tychże źródeł. *** Już z tej pobieżnej wstępnej analizy wyraźnie widać, jak wielka czeka nas praca.  Pocieszmy się jednak, że w innych krajach (między innymi w Szwecji i Stanach Zjednoczonych) praca ta, wcześniej już rozpoczęta, przyniosła dobre rezultaty. Nie widzę powodu, by nie miało się tak stać także u nas. Warszawa, 6 marca 2013 roku.